22. Zmiana rodzi się cicho

Luiza Gallus terapeutka ustawień systemowych, hipnoterapeutka, coach i autorka książek o rozwoju osobistym oraz emocjonalnym uzdrawianiu. Od lat towarzyszy ludziom w odkrywaniu wewnętrznego spokoju, sensu i autentycznego życia. W swojej pracy łączy metody terapeutyczne z własnym doświadczeniem głębokiej przemiany.
Autorka książek „Droga do siebie”, „W stronę serca” i „Urodziłam się, by żyć” pokazuje, że droga do uzdrowienia zaczyna się od odwagi, by zajrzeć w siebie i wrócić do źródła. Poprzez wydawnictwo AZIRO wspiera także innych autorów, wierząc, że każda historia ma moc, by rozświetlić czyjąś drogę.
Twoja droga zawodowa i osobista była pełna wyzwań – czy pamiętasz moment, w którym po raz pierwszy poczułaś, że zaczynasz naprawdę „wracać do siebie”?
Pamiętam ten moment. Przyszedł cicho – późnym wieczorem, gdy poprawiałam rozdział „Urodziłam się, by żyć”. Wtedy zrozumiałam, że nie piszę już dla innych, ale dla siebie. Że każde zdanie zszywa moje własne pęknięcia. Po raz pierwszy od lat nie byłam kobietą, która walczy, lecz tą, która wraca – do ciała, do prawdy, do dziecka w sobie, które znów ufa. Bo powrót do siebie zaczyna się wtedy, gdy mówisz do siebie jak do kogoś, kogo kochasz. W kolejnych książkach – „W stronę serca” i „Droga do siebie” – odkrywałam następne warstwy tej podróży. Uczyłam się, że nie trzeba być doskonałą, by być prawdziwą, ani wszystkiego rozumieć, by naprawdę czuć. Wracanie do siebie nie ma końca. To droga – czasem bolesna, czasem cicha, ale zawsze prowadząca ku wolności. I właśnie o tym piszę – by inni wiedzieli, że nie są sami.
W swoich książkach dzielisz się własną historią. Czy pisanie było dla Ciebie bardziej formą terapii, czy raczej chęcią dania innym mapy, jak mogą odnaleźć własną drogę?
Na początku to była terapia – surowa, intymna, bez redaktora i bez myśli, że ktoś to przeczyta. „Urodziłam się, by żyć” nie była projektem literackim, lecz wołaniem o tlen – o życie prawdziwe, nieudawane. Każde zdanie było jak oddech po długim milczeniu. Kiedy usłyszałam od czytelniczki: „To było o mnie”, zrozumiałam, że moje słowa mogą być nie tylko lustrem, ale i mapą. Pisanie mnie uzdrawiało, a jednocześnie otwierało drzwi dla innych. W „W stronę serca” pokazałam, że powrót do siebie to nie romantyczna podróż, lecz spotkanie z tym, co nieprzeżyte. W „Drodze do siebie” zostawiłam ślady – dla tych, którzy też chcą wrócić do siebie.
Czym dla Ciebie jest wewnętrzne uzdrowienie – jak je rozpoznajesz u siebie i u osób, którym towarzyszysz?
Wewnętrzne uzdrowienie nie przychodzi z fanfarami. To nie filmowa scena z okrzykiem „Wiem, kim jestem!”, lecz cichy moment – spokojniejszy oddech, łagodniejsze spojrzenie w lustro. Dla mnie uzdrowienie to nie brak bólu, ale inna relacja z nim. Chwila, gdy przestajesz uciekać i z szacunkiem uznajesz to, co bolało. Gdy twoje „tak” jest naprawdę twoje, a złość staje się strażnikiem granic. Widzę to też u innych: kobieta przestaje przepraszać za swoje istnienie, mężczyzna po latach pozwala sobie na łzy, matka wybiera miłość zamiast bólu. W „Drodze do siebie” nazwałam to powrotem do porządku miłości – w sobie i w relacjach. Bo uzdrowienie to nie ideał, lecz odwaga, by żyć prawdziwie – mimo przeszłości i blizn.
Ustawienia systemowe bywają odbierane jako metoda tajemnicza, a czasem kontrowersyjna. Jak Ty najprościej wytłumaczyłabyś, na czym polega ich moc?
Dla mnie ustawienia systemowe to nie magia, lecz prawda zapisana w relacjach. Ich siła tkwi w prostocie – pokazują to, co działa poza słowami, co czuje dusza, choć głowa nie rozumie. Jesteśmy częścią większego systemu – rodziny, rodu, historii sprzed naszego czasu. Nosimy emocje i losy tych, których często nie poznaliśmy, a ta nieświadoma lojalność potrafi tworzyć powtarzające się schematy i blokady. Ustawienia niczego nie wymyślają – one ujawniają to, co działało w cieniu. A kiedy zaczynasz widzieć i rozumieć, pojawia się uzdrowienie. Bo nie wszystko, co prawdziwe, da się zmierzyć – serce też bije po swojemu.
Ustawienia to język duszy – subtelny, symboliczny, a przy tym głęboko skuteczny. Nie naprawiają, lecz przywracają porządek. A tam, gdzie wraca porządek, zaczyna znów płynąć miłość.
Co najczęściej zaskakuje Twoich klientów, kiedy wchodzą głębiej w pracę nad sobą?
Największym zaskoczeniem dla wielu osób jest to, że to nie świat musi się zmienić, by im było lepiej – zmiana zaczyna się w środku. Często przychodzą z pragnieniem, by „naprawić” partnera, rodzica czy życie, a odkrywają, że klucz leży w uznaniu tego, co było, i w wyborze tego, co może być. Zaskakuje ich, że ulga nie przychodzi po rozwiązaniu wszystkich problemów, ale gdy przestają się z nimi utożsamiać. Gdy mówią „dość” z miłości do siebie, a nie ze złości do świata. Zmiany, które obserwuję, są ciche, ale głębokie – kobieta po latach dźwigania rodzinnych ciężarów mówi: „Oddycham lżej”, mężczyzna po raz pierwszy opowiada o swoim strachu, matka zaczyna patrzeć na dziecko z miłością, nie z lękiem.
Praca nad sobą nie usuwa trudności, ale zmienia to, kim wobec nich jesteśmy. Czasem prowadzi do nowych decyzji, a czasem po prostu do innego sposobu bycia ze sobą – spokojnego, prawdziwego, bez udawania. I wtedy naprawdę zaczyna się życie.
Twoje książki mają bardzo osobiste tytuły, np. „Urodziłam się, by żyć”. Jak rodzą się w Tobie takie słowa?
One nie rodzą się w głowie, ale w ciele – w emocji, w chwili, gdy coś we mnie pęka i składa się na nowo. Tytuły moich książek nigdy nie są wymyślone „strategicznie”. Przychodzą wtedy, gdy jestem gotowa powiedzieć prawdę – tę, która boli i uwalnia jednocześnie. „Urodziłam się, by żyć” było krzykiem – oświadczeniem, że nie chcę już tylko przetrwać. „W stronę serca” to kierunek, nie cel – przypomnienie, że nie musimy być idealne, tylko obecne. A „Droga do siebie” to najtrudniejsza podróż – powrót do siebie z pokorą i czułością. Te słowa są jak przystanki na mojej mapie, ale wiem, że nie są tylko moje. Kiedy czytelniczka pisze: „To jest o mnie” – czuję, że stały się pomostem między moją historią a jej własną. Bo pisząc, nie chcę już nic udowadniać. Chcę tylko być. I dzielić się tym, co prawdziwe.
Pracujesz również w projektach unijnych, wspierając osoby zagrożone wykluczeniem. Czy te doświadczenia wnoszą coś nowego do Twojej pracy terapeutycznej?
Bardzo dużo – i bardzo głęboko. Bo właśnie tam, w realnym życiu, spotykam ludzi w ich prawdziwości: zmęczonych, zagubionych, zawstydzonych, a mimo to wciąż pełnych nadziei. Praca w projektach unijnych to dla mnie nie zawód, lecz lekcja pokory. Przypomina, że terapia nie zaczyna się w gabinecie, ale czasem na korytarzu OPS-u – w rozmowie z kobietą, która właśnie uciekła z przemocowego domu. Te doświadczenia uczą mnie patrzeć szerzej – na całe systemy życia: biedę, przemoc, wstyd, brak wsparcia. Ludzie nie potrzebują teorii, lecz uznania ich historii bez oceny. Dlatego świat społeczny i terapeutyczny nie są dla mnie oddzielne. To dwa rytmy jednego serca – uzdrawiania i działania.
Co Twoim zdaniem najczęściej blokuje ludzi przed zmianą – strach, lojalności wobec rodziny, a może coś jeszcze innego?
Zmiana – piękne i jednocześnie przerażające słowo. Bo żeby naprawdę się zmienić, trzeba zostawić to, co znane – a to „znane” to często nasz sposób przetrwania, historia bólu, z której zbudowaliśmy tożsamość. Najczęściej to nie brak chęci blokuje zmianę, ale wewnętrzny konflikt – lojalność wobec tych, którzy cierpieli przed nami. Mama, ojciec, dziadkowie… Wtedy dorosłe już dziecko nosi w sobie nieświadome przekonanie: „Nie mogę mieć lepiej niż oni.” To nie myśli, lecz emocjonalne kontrakty zapisane w duszy. Czasem strach przed zmianą jest tylko ich strażnikiem. Bo nawet cierpienie może być znajome – a więc bezpieczne. Blokuje też brak poczucia zasługiwania i brak świadków – kogoś, kto spojrzy z czułością i powie: „Możesz. Masz prawo.” Bo ludzie nie zawsze potrzebują pomocy – często potrzebują zgody, by ruszyć.
A prawdziwa zmiana przychodzi cicho. Nie jako rewolucja, lecz spokojne: „Już nie chcę tak żyć. Wybieram inaczej.” I właśnie ten moment – to dla mnie najpiękniejszy widok w terapii.
Gdybyś mogła zostawić czytelników tylko z jedną myślą, jednym zdaniem, które podsumowuje Twoje przesłanie – jakie by ono było?
Twoje życie czeka na Ciebie tam, gdzie kiedyś zostawiłaś swoje serce. Wracaj po nie. Delikatnie. Z czułością. Bez pośpiechu.
Bo właśnie tam – w tym sercu, w tej prawdzie, w tej zapomnianej części Ciebie – zaczyna się wszystko, co prawdziwe: miłość, uzdrowienie, wolność i sens.
www.luizagallus.pl
IG @luizagallus
FB Luiza Gallus

